czwartek, 27 czerwca 2013

Mercedes-Benz W 196 R

Kilka lat temu aukcyjną sensacją miał być jeden z nielicznych, zachowanych do dzisiaj bolidów Grand Prix marki Auto Union. Przeszłość auta okazała się jednak mniej chwalebna, niż początkowo zakładano i pojazd nie znalazł amatora. Już wkrótce historia się powtórzy, ale z Mercedes-Benzem w roli głównej.
Tym razem pod młotek trafi nie przedwojenny bolid, ale maszyna, która startowała z wielkimi sukcesami w pierwszych latach Formuły 1, utworzonej niedługo po zakończeniu II wojny światowej z zawodów Grand Prix. Chodzi o bezcenny egzemplarz modelu W 196 R z 1954 roku, którym jeździł sam Juan Manuel Fangio, pięciokrotny mistrz świata. Argentyńczyk swoje dwa tytuły zdobył za kierownicą samochodów Mercedes-Benza właśnie.

W 196 R był drugim, powojennym pojazdem wyścigowym marki, tuż po słynnym, skrzydlatym 300 SL, który startował w zawodach samochodów sportowych. Maszyna była za swojej młodości szczytem technologicznym, wprowadzającym na tory szereg nowości, między innymi: bezpośredni wtrysk paliwa, rozrząd desmodromiczny, czyli taki, w którym otwarciem i zamknięciem zaworów sterują krzywki wałków rozrządu, niezależne zawieszenie nowego typu. Do napędu służył rzędowy, wolnossący, 8-cylindrowy silnik o pojemności 2,5 litrów o mocy 256, a z czasem 290 koni mechanicznych.

Pierwsze egzemplarze zakryto opływową karoserią, osłaniającą także koła, co na ciasnych, oznaczonych beczkami z piaskiem zakrętach toru Silverstone okazało się złym rozwiązaniem. Fangio w Grand Prix Francji był pierwszy, ale na Silverstone w poobijanym samochodzie dojechał do mety dopiero na czwartym miejscu. Problem szybko rozwiązano: w GP Niemiec bolid miał już skąpe odzienie i odsłonięte koła. Fangio do końca sezonu wygrał jeszcze trzy razy i zdobył swój drugi tytuł. W sezonie 1955 niemiecka ekipa nie wygrała tylko w Monako. Pod koniec rok Mercedes-Benz wycofał się z wyścigów, a W 196 R po zaledwie 14 miesiącach startów znalazł się przedwcześnie w muzeum.

Egzemplarz, który trafi na aukcję to maszyna na podwoziu 00006/54, jedna z pierwszych sztuk, w której zastosowano karoserię nie zasłaniającą kół, w której Fangio wygrał w 1954 roku GP Niemiec i GP Szwajcarii. Młody Hans Herrmann w GP Włoch dojechał w tym samym samochodzie do miejsca czwartego. W roku 1955 pojazd startował tylko raz, w GP Włoch. Prowadził go Karl Kling, który do momentu awarii skrzyni biegów, utrzymywał się na drugim miejscu tuż za Fangio.

Po zakończeniu kariery 00006/54 został przywrócony do stanu gotowego do startu i 22 grudnia 1955 roku spoczął w muzeum Daimler-Benza. W roku 1966 maszynę pokazano przy okazji wyścigów w Le Mans i Hockenheim. Rok później pokazano ją podczas GP Wielkiej Brytanii na Silverstone, testowano na niej nowe opony w Unterturkheim i w końcu wystawiono na Uniwersytecie Stuttgartu. W roku 1969 model pokazywano w Luksemburgu, Berlinie i w Hamburgu. Latem 1972 roku w Unterturkheim sprawdzono dokładnie działanie silnika, a w maju 1973 roku oddano pojazd do National Motor Museum w Beaulieu w Anglii.

W latach osiemdziesiątych niezwykła maszyna z bogatą historią wylądowała pierwszy raz w prywatnych rękach. Najpierw przebywała w Wielkiej Brytanii, potem we Francji i w Niemczech, pokazując się regularnie na wielu imprezach skupiających samochody zabytkowe. W tym roku w piątek 12 lipca przy okazji Festiwalu Prędkości w Goodwood znajdzie się pod młotkiem na jednej z licytacji domu aukcyjnego Bonhams. Szacowana wartość? Nikt nie ma odwagi o niej mówić. Suma rzędu od 10 milionów euro w górę wydaje się bardziej, niż pewna.

poniedziałek, 24 czerwca 2013


Bugatti Type 57 C Vanvooren

Bugatti na rozpoczęte dzisiaj w Essen targi Techno Classica przywiózł trzy samochody. Dwa z nich to zabytkowe egzemplarze z serii Type 57, trzeci to współczesny, 1200-konny Veyron 16.4 Grand Sport Vitesse. Wśród pary klasyków znalazł się wyjątkowy egzemplarz z karoserią francuskiego Vanvooren.
Type 57 zadebiutował w 1934 roku na wystawie samochodowej w Paryżu i do wybuchu drugiej wojny światowej znalazł około 685 nabywców. Model zaprojektowano w reakcji na kryzys ekonomiczny jako egzotyk codziennego użytku, mniejszy i tańszy, niż luksusowe Royale i Type 46. Wielką rolę w przygotowaniu auta odegrał 25-letni Jean Bugatti, syn Ettore, założyciela marki.
Na przestrzeni pięciu lat Bugatti oferowało kilka wariantów modelu: 57, 57 C, 57 S oraz 57 SC, z których najmocniejsze wyposażane były w sprężarkę. Rzędowy, 8-cylindrowy silnik o pojemności 3,3 litrów w wydaniu z doładowaniem produkował 160 koni mechanicznych. W końcu pojawił się też piękny Type 57 SC Atlantic, z nową sprężarką Roots, która dawała aż 210 KM i którą można było zaadoptować do starszych egzemplarzy.
W fabryce Bugatti można było zamówić jedną z kilku karoserii. Były to między innymi: 2-drzwiowy, 4-osobowy kabriolet Stelvio, 2-osobowy kabriolet Aravis z tylnym siedziskiem dla dzieci, 4-drzwiowa, 4-osobowa limuzynę Galibier bez słupków B, 4-osobowe coupe Ventoux z jedną lub dwoma szybami bocznymi oraz 2-osobowe coupe Atalante z opcją "toit ouvrant", czyli składanym dachem. Wybór był bogaty także poza Bugatti, u licznych firm specjalizujących się tylko w karoseriach.
Zielony egzemplarz, który można zobaczyć w Essen to Type 57 C Coupe z 1939 roku na podwoziu numer 57835, jeden z ostaniach T57 jakie zbudowano i jeden ze 106 powstałych T57C. Jeszcze do niedawna 160-konna maszyna pozostawała w rękach rodziny pierwszego właściciela, a od nowości pokonała tylko 12 tysięcy kilometrów. Karoserię podobną do fabrycznego Atalante przygotował na specjalne zamówienie zakład Vanvooren z Paryża. Pojazd, który powstał tylko w jednym egzemplarzu kosztował za nowości 153 tysiące franków szwajcarskich.
Biała sztuka w Essen to Type 57 Ventoux na podwoziu 57540 - coupe, którego zbudowano około 150 egzemplarzy. Samochód opuścił fabrykę w 1937 roku i za nowości kosztował 103 tysiące franków. Auto prezentowane jest w stanie, w jakim spędziło całe dekady w rezerwach kolekcji Schlumpf, domagając się renowacji. Obie sztuki Type 57 przywieziono na Techno Classica prosto z kalifornijskiego Mullin Automotive Museum. Targi będą trwały od dzisiaj do 14 kwietnia.

BMW-M9-Concept-1

BMW M9Audi ma dochodzący do 550 KM model R8, Mercedes-Benz sięgającego 631 KM mocy SLS'a, a BMW? Do tablicy wywołać można jedynie 560-konne M6, będące "tylko" najmocniejszą wersją serii 6. Brakuje "specjalisty", w którego rolę hybrydowe i8 wcieli się tylko częściowo. A co powiecie na powiernika tajemnicy M8?

Taki właśnie pomysł ucieleśnia komputerowy koncept supercoupe M9, za którym stoi Razvan Radion z Rumunii. Młody stylista wymyślił sobie auto odbiegające nieco od obecnego wizerunku marki, pozycjonowane mniej więcej w klasie Ferrari 612 Scaglietti, którego linia rozdzieliła się obecnie na modele FF i F12berlinetta. Coś jak dawna seria 8, ale jeszcze bardziej pewne siebie.
BMW m9Czy coś podobnego może pojawić się w najbliższej przyszłości w ofercie BMW? Na razie nic na to nie wskazuje, a marka pochłonięta jest mniejszymi problemami. Wielkimi krokami zbliża się premiera zupełnie nowego coupe serii 4, w tym ewolucji M4, a także produkcja seryjna coupe i8, które ma być zasilane zaledwie 1,5-litrowym, 3-cylindrowym, turbodoładowanym silnikiem spalinowym o mocy około 225 KM i silnikiem elektrycznym, dostarczającym dodatkowe 170 KM.
bmw-m-concept-design-1440-900-3685Czyli nie ma miejsca na supersamochód od BMW? Oczywiście jest, ale jeszcze nie teraz. Ostatnie doniesienia o planach budowy takiego auta mówiły o jego debiucie najwcześniej w 2014 roku, mocy przeszło 600 KM i sprincie od 0 do 100 km/h w czasie około 3 sekund. Bardziej realny wydaje się jednak termin wiosny 2016, kiedy to BMW będzie świętowało swoje setne urodziny, z okazji których z pewnością zechce zatrząść światem. Czekamy!